UDOSTĘPNIJ:    

CO MOŻE WYDARZYĆ SIĘ W MINUTĘ?

To pytanie wpadło do mojej głowy dziś rano  z porannej rozmowy na kanale ZERO.

Chwilę później wychodzę z domu pod pretekstem zakupu czegoś, co niszczy moje życie od lat. Wchodzę do zaprzyjaźnionego sklepu po fajki. Historię powstawania tego biznesu znam od dziecka.

Trafiam na młodego pracownika.

— Ooo…! Cześć — mówię, z wyraźnym podkreśleniem radości, że właśnie na niego trafiłam tuż przy wejściu. 

— Dzień dobry, pani Ewo.— odpowiada, akcentując „pani Ewo”, jak to ma w zwyczaju. Lubimy się, podkreślając na rożne sposoby wzajemny szacunek.

Kieruję się naturalnie w stronę celu mojej wizyty, ale zatrzymuję się po dwóch krokach przed półką, gdzie towary działają na mnie zawsze jak afrodyzjak. Alejka jest wąska.

— Z drogi. Bo mogę rozjechać! — słyszę, dość głośno ogólny apel pracownika.

Niby ogólny, ale jestem jedyną osobą na jego drodze, więc traktuję to jako wyraźną prowokację do mnie. Znamy się od lat i krótkie tekściki to między nami norma. Robię dwa kroki do przodu, reagując na polecenie, ale zatrzymuję się na dwie sekundy, bo po słowie „rozjechać” natychmiast zakwita mi w głowie odpowiedź.

— E tam. Taką starą dupę chce pan rozjeżdżać? Strata czasu! — rzucam, kontynuując jednocześnie wykonanie polecenia.

On zatrzymuje się przy wysepce, która mnie zazwyczaj nie obchodzi, okrążam ją i zajmuję miejsce w kolejce do kasy. Między nami powstaje neutralne pole — przestrzeń do ewentualnego rozwinięcia tego, co się właśnie wydarzyło, bez przeszkadzania sobie w wykonywaniu naszych ról.

— A gdyby zareagował? — odzywa się do mnie, stojący przede mną, starszy mężczyzna. Na jego twarzy zwróconej do mnie maluje się prowokacyjny uśmiech, wyraźnie nakręcony moją interpretacją  słowa „rozjechać”.

— No, dobrze, że nie zareagował! Mogłoby się to skończyć tragicznie… — odpowiadam szybko, broniąc lojalnie pracownika.

Nasze krótkie tekściki błyskawicznie rozrastają się w oficjalną, nieomal międzynarodową rozmowę, w której kluczowe słowo wyraźnie wyznacza jeden, określony interpretacyjny kierunek.

 Za mną dwóch klientów chichocze i coś cicho mówi do siebie. Ktoś stojący obok pracownika ulega narracji i zaczyna z nim rozmawiać. Jestem po drugiej stronie wysepki więc nie słyszę dokładnie, ale słowo klucz buduje kolejne zdania.

Czuję się odpowiedzialna za to spontaniczne otwarcie Puszki Pandory i słowo — a raczej za moją interpretacja, słowa, która wyraźnie wciąga pracownika w rozmowę i odciąga go od roli pracownika. Chce być grzeczny, ale już nie wie po co.

Muszę to przerwać — myślę  — zanim skojarzenia i interpretacje popłyną w niekontrolowane strony; jakoś  ostatecznie  wyłączyć i odłożyć na półkę pt. „żart”.

Facet przede mną jednak nie odpuszcza.

 — Mogłoby się to jednak interesująco skończyć… — mówi, odwracając się do mnie z wyraźnym sygnałem, że chciałby wejść w ten żart na własnych zasadach. Mówi też coś do pracownika, ale już nie słyszę — albo postanawiam nie słyszeć.

— To ja już postanawiam zamknąć tę rozmowę — mówię głośno, przede wszystkim do pracownik, którego moja interpretacja jego  słów wciągnęła w debatę, której się nie spodziewał.

Mężczyzna nadal próbuje podtrzymać rozmowę, ale zwalnia się właśnie pierwsza kasa. Podchodzi do niej, oddala się więc ode mnie i temat wraca na swoje miejsce, zgodnie z jego naturalnym przeznaczeniem — na półkę pt. „żart”.

— Jakieś fajki — mówię do niego, próbując wrócić naszą relację na prawidłową drogę sprzedawca–kupujący. Łapię się jednak na tym, że mnie też jest głupio i chcę szybko zejść mu z drogi — o co prosił na początku.

— Cienkie — doprecyzowuję.

— Dziękuję. 

Szybko biorę resztę, fajki i wracam do domu.

********************************************

Pewnie już nigdy nie miałabym okazji do tego by dowiedzieć się, czy podchodząc do mnie jako sprzedawca — kolejka była krótka i nie musiał zmieniać swojej roli wykładającego towar — zamierzał elegancko zakończyć tę sytuację, która między nami wymknęła się spod kontroli, dać sobie okazję do tego, czy też wymusić bym to ja zrobiła…

********************************************

...gdyby nie wisienka na torcie.

 A raczej na paczce papierosów, którą przyniosłam do domu.

Siadam przy stole.

Biorę paczkę do rąk.

Chcę ją otworzyć i… zamieram.

Na pudełku, zgodnie z przepisami nakładającymi na producentów papierosów obowiązek umieszczania ostrzeżeń, znajduje się informacja:

„Palenie zwiększa ryzyko impotencji.”

Pod nią — zdjęcie męskiego ciała od pasa do połowy ud.

W miejscu genitaliów — ogromna dziura na wylot...

... Czyli… moja rozmowa od początku do końca.

 Z DROGI. BO MOGĘ ROZJECHAĆ.

/Oczywiście zdjęcia fajek publikować nie mogę, bo nie mam prawa lokować produktu/

 

***

Redakcja: Ewa Macioszczyk

WYDANIE 96/2026-03-19, kat. STÓŁ


Komentarze

 W tej chwili nie ma żadnych komentarzy. Twój może być pierwszy!

Popularne w ostatnim miesiącu


           
Copyright © 2026 Obywateltoczlowiek.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. Projekt i wykonanie Ambicode dla Obywateltoczlowiek.pl.
Polityka cookies   

Uwaga! Niniejsza strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za pomocą cookies wykorzystywane są głównie w celach statystycznych. Pozostając na stronie godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce.